33_2

Kochani, powoli aklimatyzujemy się w polskiej rzeczywistości, a poniżej długo obiecywany post o naszych doświadczeniach kulinarnych z podróży. Zapraszamy do lektury!

Zwyczaje i tradycje kulinarne egzotycznych krajów są dla wielu z nas równie ciekawe jak ludzie, zabytki czy krajobrazy. A my podróżując przez prawie 5 miesięcy mieliśmy okazję, a w zasadzie nawet konieczność ;) spróbować kuchni odwiedzanych przez nas krajów. Część z tych doświadczeń kulinarnych była bardzo miła i z rozrzewnieniem wspominamy próbowane potrawy, a część wprost przeciwnie. Ale uwaga, to co za chwilę przeczytacie to nie jest przewodnik kulinarny ani wydanie Sawickich w stylu „Kuchnie świata”, tylko zbiór naszych wspomnień i skojarzeń żywieniowych, które pozostały w naszych głowach. Wynika to z faktu, że jedliśmy raczej ekonomicznie, więc na wiele rzeczy po prostu nie mogliśmy sobie pozwolić, i co tu dużo mówić, ze względu na nadmierną ruchliwość naszego dziecka ;) i niechęć do spędzenia w restauracji dłużej niż 5 minut, często posiłek traktowaliśmy jako zwykłe zaspokojenie głodu a nie kulinarne wycieczki po świecie. Tak czy siak, lepsze lub gorsze, ale jakieś doświadczenia mamy, więc zapraszamy do czytania!

Argentyna:
Argentyna na świecie kojarzy się z wyśmienitą wołowiną i pysznymi winami. I wszystko się zgadza. My niestety tylko dwa razy jedliśmy prawdziwe, dobre argentyńskie steki, ale rzeczywiście były pyszne.  Soczyste steki, przyrządzane a punto, czyli nie za krwiste, nie za mocno wysmażone wspominamy baaardzo dobrze. Jeśli chodzi o degustację win, nasze doświadczenia są nieco większe ;) . No i tu nic odkrywczego – zwłaszcza czerwone smakowało pysznie (nawet Adamowi, który za czerwonymi nie przepada)!
W argentyńskiej kuchni widoczne są wpływy głównie włoskie i hiszpańskie ze względu na falę imigracyjną, która miała miejsce w poprzednich wiekach. Jedliśmy na przykład włoskie ravioli podawane z mięsem. Z rzeczy powszechnych w kuchni ekonomicznej, często braliśmy cienki kotlet – tzw. milanesa, ale nasze wspomnienia dotyczące jakości nie są najlepsze.
Kiedy wspominamy kuchnię argentyńską, od razu do głowy przychodzi nam dulce de leche – to ichniejszy kajmak, sprzedawany w słoiczkach, który stosuje się bardzo powszechnie.  Przede wszystkim na śniadanie do kanapek, do ciastek i wypieków. Dla mnie był pyszny, choć przyznam, że po czterech tygodniach jedzenia masy kajmakowej na śniadanie dałabym się pokroić za bułkę z szynką i pomidorem ;) .
Popularne są w Argentynie ciastka alfajores – to takie nieduże, okrągłe warstwowe ciasteczka, przekładane właśnie dulce de leche. Pycha!
Natomiast fatalnie wspominamy argentyńskie pieczywo, a raczej jego brak… Tam nie ma tradycji jedzenia chleba – w naszym rozumieniu. Je się chleb tostowy, który czasem próbowaliśmy zastępować bułkami do hamburgerów, ale to jak z deszczu pod rynnę. W kawiarniach natomiast, porteños (mieszkańcy Buenos Aires) na śniadanie jedzą medialunas i cafe corto, czyli rogaliki i kawę espresso z odrobiną mleka.
Kuchnia Argentyny nierozerwalnie kojarzy nam się z empanadami. Są to pierożki z z ciasta chlebowego lub francuskiego, około dwa razy większe od tych robionych w Polsce. Najczęściej są nadziewane serem i szynką, mięsem mielonym lub warzywami, podawane smażone lub pieczone na blasze. Są tanie, powszechnie dostępne i pyszne (zazwyczaj). No i co najważniejsze, Bartek również był ich fanem, co nam zdecydowanie ułatwiło karmienie go w podróży :) .

Chile:
Z tego co pamiętam, to kuchnia w Chile nie różniła się specjalnie od argentyńskiej (oczywiście byliśmy tam bardzo krótko i tylko w Patagonii). W Chile było natomiast ciutkę lepiej jeśli chodzi o pieczywo, bo były dostępne takie a la bułki – w porównaniu do polskiego chleba kiepskie, ale w porównaniu do argentyńskiego pyszne ;) .

Brazylia:
Brazylię wspominamy bardzo dobrze jeśli chodzi o kuchnię. To pewnie za sprawą tego, że żywiliśmy się na plebani, gdzie było domowe jedzenie, ale też wielokrotnie jedliśmy w knajpach i pamiętamy, że była to miła odmiana po kuchni argentyńskiej.
Przede wszystkim w Brazylii jest chyba największy wybór mięs jaki kiedykolwiek widziałam i próbowałam, włącznie z pieczonymi sercami kurzymi (jak zamknęłam oczy i się odważyłam okazały się bardzo smaczne;)), byczyną, baraniną i innymi rodzajami i gatunkami mięs, które w naszej kulturze nie są popularne. W restauracjach, i to lokalnych, niedrogich, klient sam nakłada sałatki i dodatki – ziemniaki, ryż, makaron, które są umieszczone w bufecie, a następnie  kelner co kilka minut podchodzi do każdego stolika gdzie siedzą goście i przynosi nową porcję mięsa prosto z rusztu. Zjeść można ile się chce. A jak przypomnę sobie pieczoną kaczkę, którą zostaliśmy poczęstowani na kolacji w polskiej rodzinie, to ślinka mi kapie ;) .
Brazylia kulinarnie kojarzy mi się też, z pomarańczowymi cytrynami i pysznymi, słodkimi melonami.

Ekwador:
Jeśli chodzi o Ekwador to mam mieszane uczucia. Śniadania zazwyczaj jedliśmy w hostelach więc były bułki, marmolada, kawa i świeży sok – najczęściej pomarańczowy, ananasowy czy z papai, ale też zdarzał się jeżynowy. Na samo wspomnienie ślinka mi kapie –  właśnie te świeże soki, to jedna z rzeczy za którą najbardziej tęsknię. A wracając do śniadań, to z tego co kojarzę, to typowe ekwadorskie śniadanie to jakaś duża potrawa na ciepło, a la rosół z ryżem i kurczakiem, ale nigdy jej nie jedliśmy, bo rano zdecydowanie wolimy delikatne rzeczy.
Obiady na początku nam smakowały. Zazwyczaj dostawaliśmy seco de carne lub seco de pollo, czyli kotlety z wołowiny, wieprzowiny lub kurczaka. Jednak nie jest to mięso panierowane i smażone, tylko rozbite i duszone najczęściej. Jeśli jest dobrze wykonane smakuje pysznie, ale jeśli jest przyrządzane w głębokim tłuszczu (jak codziennie jedliśmy w Quito)…. brrr! Obowiązkowo do drugiego dania był ryż, czasem takie fajne smażone placuszki, połówka awokado czy jakaś sałatka. No i fasola, mała czarna, podawana w takiej zalewie – nawet w KFC ją dodają do dań :) . Często też dostawaliśmy chipsy bananowe podawane na słono.
Raz natomiast gdy chcieliśmy zjeść coś innego, Adam zakupił danie niespodziankę (z braku dostatecznego zrozumienia menu po hiszpańsku ;) ) i okazało się, że czeka na nas… makaron z ryżem, jajkiem sadzonym, kawałkami parówki, a wszystko to polane keczupem. Chyba nie muszę nic komentować ;) .
W Ekwadorze popularne są także zupy. Ja ich nie wspominam najlepiej bo najczęściej były z tą okropną kolendrą meksykańską, o której Adam kiedyś pisał – ale Adam i Bartek bardzo sobie zupy chwalili. Można było też w nich spotkać mote: ziarna,  które były wielkości ziaren kukurydzy i białego koloru.
Z owoców morza, ja raz skusiłam się na ośmiorniczki, trochę twarde, w smaku dobre, choć finalnie zjedzenie ich nie skończyło się dla mojego żołądka dobrze…
W Ekwadorze wielokrotnie też ratowaliśmy się empanadami. Są bardzo podobne do tych, które jedliśmy w Argentynie, choć rzadziej do ich wyrobu używane jest ciasto francuskie.
No i owoce. Ekwador kojarzy mi się z mnogością pysznych, dojrzałych owoców. To w Ekwadorze zaszaleliśmy i kupiliśmy po jednej sztuce z większości dostępnych owoców tropikalnych. No i od tamtego czasu staliśmy się fanami pitaji (pitahaya) – na zdjęciach mogliście zobaczyć taki żółty owoc, wielkości gruszki z wypustkami. Ma miękki przezroczysty miąższ, z małymi czarnymi nasionkami i słodki, dobry smak. Mniaaam! :)
Na zakończenie pobytu spróbowaliśmy w Quito typowego dla miasta drinka – canelazo – to podawany na ciepło napój z aguardiente (wódka z trzciny cukrowej) i soku z naranjii z dodatkiem cynamonu.

Kuba:
Po Ekwadorze, gdzie kuchnia, zwłaszcza ta ekonomiczna, wpędzała nas powoli w depresję, przybycie na Kubę było jak inny świat. Choć jak się po miesiącu okazało, monotonia też potrafi wykończyć…
Podstawowa różnica jest taka, że śniadania prawie zawsze jedliśmy w casach gdzie mieszkaliśmy a składały się one zazwyczaj z tego samego – jajecznicy (ew. jajka w innej formie), owoców, świeżo wyciskanych soków (z limonki – najlepszy jaki w życiu piłam!, pomarańczy, guayaby (różowy owoc, mięsisty, z drobnymi pestkami) i ananasa ) oraz kawa. Kawie należy się osobna wzmianka. Wg nas kawa na Kubie jest pyszna – bardzo gęsta, mocna, podawana w bardzo małych filiżankach. Najczęściej pije się ją bez mleka, za to z dużą ilością cukru. Naprawdę stawia na nogi! Dla nas to zdecydowanie numer jeden ze wszystkich kaw wypitych do tej pory. Śniadanie, które samo w sobie jest bardzo smaczne niestety po 30 dniach pobytu okazało się monotonne – w żadnej casie nie było innych wersji śniadań, tak więc po pewnym czasie już dziękowaliśmy za omlet a ja do dzisiaj nie mogę patrzeć na jajka ;).
Charakterystycznym miejscem gdzie można zjeść jest kupno jedzenia (obiadu, przekąski itp.) z „okienka” na ulicy. Tak jak kiedyś w Polsce bardzo popularne były budki z zapiekankami, tak na Kubie (i to zarówno w dużych jak i małych miastach) często spotykaliśmy się z podobnymi punktami w parterach kamienic. Można było w nich kupić bardzo dobre pizze (albo czasem gorsze jeśli trafiło się na pizzę z serem przypominającym w smaku oscypek), kanapki z wędliną (mimo nazwy pan con jamon szynka to na pewno nie była) lub serem (znowu „oscypek” :( ), obiad np. udko kurczaka z wszechobecnym na Kubie ryżem połączonym z czarną fasolą plus surówka, kawa, lemoniada, piwo.
Kuchnia jako taka kojarzy nam się z kurczakiem lub wieprzowiną podawana zawsze z ryżem gotowanym z ciemną fasolą i chipsami bananowymi, takimi samymi jak w Ekwadorze.
Z dań jedzonych w restauracjach najbardziej zapadły nam w pamięć dania rybne i owoce morza (krewetki, a raz zdarzyło mi się jeść langustę) – były naprawdę bardzo dobre. Próbowaliśmy też krokodyliny – była smaczna, choć nie powaliła nas na kolana. Mięso białe, my jedliśmy duszone, w smaku przypomina kurczako – cielaka ;) .
W Hawanie oferta była najbardziej różnorodna zarówno cenowo jak i smakowo – np. bardzo polubiliśmy restaurację, która serwowała m.in dania chińskie np. kurczak słodko-kwaśny i to ogromne porcje.
Jako odrębny rodzaj kuchni należy wymienić dania z Baracoa. Ze względu na odmienny klimat, w tym rejonie wyspy występujące kakaowce i palmy kokosowe. Dlatego też, jednym z popularniejszych dań jest ryba w sosie z mleczka kokosowego, pomidorów i czosnku. Innym ciekawym daniem jest nadzienie z zielonych bananów, dowolnego rodzaju mięsa (może być z owoców morza) z sosem pomidorowym zawinięte w liść palmowy. My dostaliśmy to w zestawie z zupą rybną.
Charakterystyczny dla tego regionu jest też deser – cucurucho. To mieszanka wiórków kokosowych, miodu, orzechów i pomarańczy, całość zawinięta w rożek z liścia palmowego. Pycha!
No dobra, pisząc o kuchni kubańskiej, nie sposób nie wspomnieć o mojito – drinku z rumu, soku z limonki, listków mięty, wody mineralnej (gazowanej lub nie) i cukru trzcinowego. Większość zna, więc nie muszę robić reklamy ;).

Meksyk:
Od razu możemy powiedzieć, ze jest to nasza ulubiona kuchnia – nie wydając majątku na jedzenie (choć też nie jedząc niskobudżetowo typu 2 -3 dolary) mieliśmy możliwość spróbowania różnorodnych dań. Kuchnia jest ostra – kiedy mówiono nam, że danie jest nieostre to dla nas było ostre w sam raz, kiedy natomiast mówiono, że jest trochę ostre, to dla nas było nie do przełknięcia. Choć musimy przyznać, ze nasza tolerancja na poziom „ostrości” znacznie wzrosła w trakcie naszego pobytu w Meksyku.
Zresztą poznane Meksykanki powiedziały nam, że oni chili dodają do wszystkiego i podają dzieciom od maleńkiego wieku. Nawet słodycze dla dzieci takie jak lizaki czy lody zawierają chili!
Śniadania – zazwyczaj robiliśmy je sami, ale gdy zdarzyło już nam się je jeść w knajpach albo hotelach to zazwyczaj podawano nam jajecznicę (po miesięcznym pobycie na Kubie serdecznie unikaliśmy tych śniadań ;) ), z … sokiem z cytryny! Obok był sos z czarnej fasoli i zamiast chleba tortille (płaski placek z mąki kukurydzianej). Tortille były zresztą podawane dosyć często do różnych dań i zazwyczaj w ładnych, plecionych zamykanych pudełeczkach.
Zazwyczaj do każdego dania obiadowego otrzymywaliśmy przystawki (bezpłatne) składające się z  nachos’ów (trójkątne chipsy z mąki kukurydzianej), drobno posiekanych pomidorów z cebulką i kolendrą meksykańską lub sosów . W zależności od lokalu były one łagodne, lekko ostre albo bardzo ostre.  Małe wtrącenie – w przypadku Ekwadoru kolendra meksykańska była dla  nas niezjadliwa, w przypadku Meksyku, gdzie była używana z umiarem, dobrze komponowała się z ostrymi przyprawami.
Inną przystawką były guacamole czyli pasta z awokado z sokiem z limonki i solą, którą my dostawaliśmy w wersji z drobno pokrojonymi pomidorami. Do tego obowiązkowo nachos.
Kolejnym daniem, które raz funkcjonowało jako przystawka, a raz jako danie główne było ceviche.  Jest to rodzaj sałatki z  marynowanych kawałków ryb i owoców morza (były wersje mieszane: albo tylko ryba, albo tylko jakaś ośmiornica, krewetka czy inne owoce morza, albo jedno i drugie)podawane z cebulką, pomidorami i drobno posiekaną kolendrą meksykańską.
Jako danie główne często jadaliśmy tacos – małe tortille podane z różnorodnym nadzieniem najczęściej z drobno pokrojonymi kawałkami kurczaka czy wołowiny. Do tego w miseczkach obok dostawaliśmy fasolę, cebulę, sosy i inne dodatki, które według uznania mieszaliśmy z resztą, zawijaliśmy i gotowe. Chyba moje ulubione danie meksykańskie.
Jedliśmy tez enchiladas – odmiana tortilli, tylko o większej średnicy, grubsza i zwijana jak nasze naleśniki. Nadzienie dowolne. Z innych ciekawostek jedliśmy też sopa de lima – zupa z kurczaka lub indyka, z cytryną i kawałkami tortilli – pycha! Oczywiście oprócz tego jedliśmy ryby w różnych wersjach – od wersji z sosem pomidorowym i kaparami po rybę w ostrym sosie z mango. Wszystkie świeże i bardzo smaczne.
I na koniec ciekawostka – jedliśmy też potrawę z mole poblano. Jest to sos z chili i czekolady (choć nie tylko), którym polewa się mięsa np. pieczonego kurczaka. Bardzo ciekawe doświadczenie kulinarne!

Barbados:
Kuchnia Barbadosu nie wydała nam się specjalnie wyróżniająca. Ciekawym daniem ze względu na nazwę była latająca ryba :) . Zwłaszcza, że dzień później widzieliśmy ją w środowisku naturalnym, wyskakującą nad powierzchnię morza.
Innym daniem, które ratowało nasz budżet, który na Barbadosie łatwo nadwyrężyć ;)  było roti. Wyglądało to jak nasze bitki w sosie z ziemniakami, ale zawinięte w placek pszenny. No i najważniejsze Bartek się tym zajadał! :)

Komentarze 2 thoughts on “KUCHNIE AMERYKI ŁACIŃSKIEJ

  • 1 kwietnia 2014 z 11:48
    Permalink

    Mmmmmniam…pyszne fotki :). Dzięki za ten wpis ;)

    Powtórz
    • 8 kwietnia 2014 z 02:43
      Permalink

      :) cieszę się Iwona, że Ci się podoba. Pamiętałam, że nas o to prosiłaś daaawno temu ;).

      Powtórz

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *


*